Wolny ogień

Świat

Stuk, stuk, buduję świat.
Widziany z nadkola traktora, baku motoru.
Nad krzakami borowiny, przy zmurszałej płycie,
zburzonym domu, wzdłuż szyn.

Świat jest kwartą Bożego Ciała,
kruchym krokiem matki na schodach.
Bogiem przeciskającym się przez wiązadła głosowe.
Nagryzmoloną chatką, z obłokiem, oknem,
przepaścią błękitu.

Puk, puk, przyjdź tu i jedz.
Liż słony kręgosłup pstrąga, pij z garści podstawionej
pod pękniętą skałę. Z rogu zwierzęcia,
które niedawno ryło w ziemi gęsty, ciężki rów.

Bezpył

Wrzesień potrząsa resztkami lata,
dłonie mam krótkie i chciwe.
Śnią mi się lśniące
w słońcu karcze.

Wczoraj wdrapałam się tam.
Przy krzakach łopianów
widziałam spadające gwiazdy
i trujące zioła.

Twoja krew była
koloru jodyny, najdroższy,
nieruchoma jak bezoki pomnik,
twarda jak hełm.

Nie mogłam dłużej mówić.
Głosem suchym, ostrzącym gałąź,
gniew. Podeszłam w miejsce,
gdzie krzyżowały się nasze stopy.

W dłoni znalazłam list od ciebie,
malutki jak karteczka do spowiedzi.
Nie zatrzyma się słowo,
nie zatrzyma się głód.

Wizyta

„Żeby skoczyć, trzeba się rozciągnąć.
Żeby przeżyć, trzeba się skulić”.
Oraz: „Tabletki wrzuciłem do muszli”.
W końcu wychodzę. Obok przeszklonej
stołówki robotnicy po skończonej pracy
opłukują betoniarkę i kielnie. Nad sanatorium
przejaśnia się. Psy obwąchują sobie genitalia.
„Znów zaczyna się to cowieczorne człapanie do łazienki”.
„Gdybyś mógł mnie wtedy zobaczyć”.

Kraków

Widzisz. Zwiedzający nigdy się nie skończą.
Idą na ciebie, wiszą łańcuszki na szyjach.
Będą ustawiać się w kolejki, by zobaczyć prochy.

Widzisz. Światło z cieniem na przemian.
Wieczór to poszatkowana głowicą
magnetofonowa taśma. Na razie nauczyłeś się
naszego języka. Gdy nauczysz się myśleć jak my,

przyjmiemy cię.

Stela

Gruda zmarzniętych trocin, które rozsypie słońce,
butwiel na łąkach, w niskich krzakach, jałowcach.
Murarz wysokiego domu robi sobie wolne;
zabiera ze sobą nuty, trąbkę i wychodzi.

Boże, przymykaj oko. Baw się i łkaj.
Zawsze chciałem wyjechać – twój ponury starzec
znów krzyczy przez siatkę. Zamykaj oczy i patrz: leżymy
zmiażdżeni pod snem, roztrzaskani o słodką, lepką ziemię.

Łuna

Z jakiej części do siebie mówię?
„Poeta jest stary, samotny,
w jego piecu wygasło.” Z której?
Z urwiska nad wybranym piaskiem,
znad zlewu, gdy nad głową śwista
kruchy płomyk w piecyku? Znad lady,
gdzie kobieta ostrożnie przenosi
smakołyk w cukierniczych szczypcach?

Poeta jest stary; w jego piecu zmniejsza się
konar sosny, ucieka obłoczek ognia. Zwija
w dłoniach ostry sznurek do wiązania snopków.
Nad jego domem rozpędzone chmury. Dzięki
łunie znad miasta stają się prawie czerwone.

Widzenia

Dni, gdy powietrze staje się kruche,
a słowa osuwają się niczym
piach nad urwiskiem.

Dni odpływu, gdy morze obnaża dno –
żwir i nasze poskręcane włosy,
a żywi dają spokój umarłym.

Dni, gdy błyszczał zmierzch. W nocy na chwilę
przestałem oddychać, szedłem przez natrętny, gęsty śnieg.
Za mną jak szklanki stukały oblodzone gałęzie.