Mimikra

SATURNALIA

Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
mieszkali dalej od siebie. Mizerykordia,
ostra rohatyna tną płócienne szmaty.
Wieczorami cicho zgrzytają oporne
ziarna w moździerzu.

Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
byli dalej od siebie. Nasze oczy,
żołądki małe jak porzeczka.
Ule ociekające od pszczół, głowy
złożone na gęsim puchu.

Świat nas popycha. Odjeżdżają miasta.
Gówniarze chichoczą nad
atlasem anatomicznym. Świat nas pcha.
Sens jest ukryty. List jest pisany.

DZIENNIK ROZBITKA

Boisko. Wkopane w ziemię opony.
I miejsce, gdzie codziennie mijam
tych samych twardych mężczyzn. Czekających,
posłusznych. Wrony tłuką dziobami o beton
i w tym jest ból.

Znajdź siebie. Gdy zło się rozrzedza.
Gdy leniwie otwierają się paszcze krokodyli.
Byłem tu. Nie wiedziałem, że tak szybko zostanę sam.
Śniło mi się, że znalazłem lampę i plan piwnic.
Byłem jednym z tych, którzy musieli patrzeć.

WŚRÓD ŻYWYCH

Ziemia oddaje ciepło, kobieta wrzuca do wiadra
wypełzłe na ścieżkę ślimaki, zmienia wodę kwiatom w kapliczce.
Jej syn naciąga procę kulką rudy znalezioną przy torach.

Kciuk mam przecięty kartką, powoli spisuję
ten krótki świat. Na razie dzieje się to tu,
wśród żywych.

NAGANIACZ

Kuli się lato. Wre jego mętna pieśń.
Stawia gładkie, niepewne kroki,
rozstawia kretowiska.

Idę przez sięgające do kolan trawy.
Ze srebrnym łańcuszkiem na szyi
i kłosem w gardle. I właśnie tu,

za zagonem lucerny, spotykam znajomego chłopca.
Niedawno był naganiaczem zwierząt.
Teraz mija mnie dumny, wyniosły.

To właśnie jemu pozwolono dziś po raz pierwszy
na zmiętej w rulon gazecie przenosić ogień
pod zgrabione kupy łęcin.

HISTORIE

Ich stopy złożone na grubym dywanie,
dłonie w jedwabiach.
Leżą z twarzami zwróconymi ku oknu,
za którym łagodnie wzrasta stok
porośnięty jałowcami.

Igła słońca wskazuje ich.
Światło pryska jak tłuszcz
z przebijanej widelcem kiełbasy.
Skończyły się polowania z dymiącymi lufami
wśród brzózek i trzcin. Bogactwa
rozmnażające się jak muchy. Głowy cukru.

Leżą. Trzeszczy krew.
Ściskają złapanego w garść owada,
lecz gdy otwierają dłoń, nie ma go.
Boją się wstydu. Że kiedyś przyjdą ci, których
Zranili, i będą musieli patrzyć im w oczy.

NELLY SACHS

Tyle słów, rozmów. Monotonnych
żonglowań liczbami. Natrętność snów.
Czy dopiero Bóg nazwie wszystko, otoczy?
Palcem przejedzie skąd-dokąd prowadzi krew?
Przemówi do tego, co podrzuca gniew jak piłeczkę?

Więc tak wygląda świat o wczesnej porze.
Tak wygląda świat, który mu wyznaczono:
słoma wdeptana w piasek, zimna woda w wiadrze
dla leniwej, wielkookiej krowy. Ziemia pęka jak pieczęć.
Ból jest ścieżką w labiryncie.

DALSZE OKOLICE

W tylu miejscach byłem, już nie pamiętam,
które to moje ślady. W każdej chwili można
zacząć lub przestać. Przypomnieć sobie
to cięcie, oderwanie, które robi cię tym, kim jesteś.
W tylu miejscach byłem. Uśmiechałem się przed obiektywem,
klaskałem, patrząc na wystające z weselnego tortu sztuczne ognie.
Na kartce narysowane miałem, jak dojść
do grobu pradziadków. Tu bez, tam świerk.

Płowieje posąg dnia. Rośnie powieść bez bohatera.
Krajobraz z pustym korytem rzeki, którą wypiła kopalnia.
A jak wzrasta dzień. Jak paruje zupa. Jak taje tłuszcz, miękki tuk.
Jak zębatka roweru szarpie nogawkę, podmuch zrywa krzyk.
Jak kule wrzucone do miski zataczają kręgi,
chłodna woda jeziora powstrzymuje oddech.

UŚWIĘĆ SIEBIE

Uświęć siebie, masz w sobie tyle pamiątek,
o których się tak szybko zapomina. Spójrz,
zrobiliśmy już wiele, by zbudować dom.
Wydaliśmy dużo pieniędzy, by wyrósł przed nami
jak kościół, roślina wbijająca korzeń
w wilgotną ziemię.

Uświęć siebie. Cień powtarza każdy ruch.
Też byłem pielgrzymem i miałem najgorzej –
niosłem twardy wrzynający się w łopatki głośnik.
Mogłem powtarzać tylko w kółko uświęć siebie,
masz w sobie tyle pamiątek,
o których się tak szybko zapomina.

WNĘTRZA

Ciężcy i słodcy schodzimy z boiska.
Tam, gdzie kończy się szpaler karagany.
Zachłyśnięci płytkim dniem, wieczorną duchotą
trzymamy powietrze w ustach jak kryształ,

opadamy. I w końcu trawy ostre jak kości kurcząt
przebijają nasze ciała. Przekłuwają żyły,
tętnice śliskie.

PRZYSTANIE

O tej porze zostają z nami sękate,
tłuste ptaki. Huśtają je gałęzie, źrenice horyzontu.
Na razie jestem na tym piętrze
siebie. Wpatruję się w większe od moich ust
pękate owoce. Czy kogoś zraniłem?
Kogoś się zaparłem? Nie. Nazywałem to odejściem.
Ciszą, gdy chodzi się na palcach, by nikogo nie zbudzić.
Nie wiedząc, że dom jest pusty.

ELIE WIESEL

Sól kruszy wargi, puchnie obłe słońce.
Rośliny są zachłanne; gdyby musiały,
przebiłyby twoje ciało, by zaczerpnąć światła.
Na razie mają go pod dostatkiem, pokornie
pochylają głowy, schodząc wieczorami w noc.

Wtedy słyszysz, jak trzaska śmiech,
kwiat wybucha w palcach. I czujesz –
ból napina się, rozciąga jak guma. Niebo też.

ŚWIADEK

Najpierw lepkie ślady w pierwszym śniegu.
Żywopłot, zbyt gęsty, by zobaczyć, co za nim.
Horyzont. Cyrkiel zataczający coraz mniejsze kręgi.
Potem upokarzające czekanie (ten z boku stworzył
własną historyjkę, inaczej wydeptał rowki). I świat,
co się tak szczelnie przykleja. Czym mieliśmy być dla siebie?
Bramą na pilota, lodowatą poręczą, furtką przepchniętą razem z zaspą?
Może kroplą krwi, którą dźwiga komar.
Ustami, które przy pożegnaniach, powitaniach
całują nad policzkami powietrze.