Biały tydzień

* * *

Chciałem zobaczyć kulistą duszę świata.
Przekrój przez słoje jej mięśni, nasze ciała
zanurzone w porannym świetle. Śniegu było tyle,
że nie potrafiliśmy mówić o niczym innym, dni krótkie
i ciemne; już przy obiedzie zapalaliśmy lampy.

Złość wypędzała z domu. Biliśmy się wśród drzew.
Pragnąłem zobaczyć twój płacz, to, że nie ma
między nami różnicy. Obcy wiersz powiedział,
czego nie chcieliśmy wiedzieć, odsłonił tętnicę na szyi.

Chciałem zobaczyć duszę świata. Twardą, zaślinioną
jak kamień w pysku psa. Z krwią na wardze wracałem
leśną drogą, oderwałem od pnia hubę, złamałem gałąź.
Na wzgórzu rozłożyłem ramiona. W moją stronę
biegło niebo. Miało kolor rozkrajanej wątroby.

BIAŁY TYDZIEŃ

Miało się rozpocząć, potem trwało ogłupiałe.
Robotnik zamiatał dziury w asfalcie,
dentysta ciężką od śliny watę wrzucał do miski.
Poruszyłem się, stojąc pod nasłonecznionym murem,
obserwowałem jak chłopak kradnie chleb.

Nad ranem moja babka malowała się, by nie widzieć
jak połyka ją lustro. Klęczała przed radiem, jej twarz falowała.
Wycierając ręce o spodnie rozumiałem ludzi,
którzy mnie pobili. Ktoś zadzwonił. Zanim dobiegłem,
rozłączył się. Promień rozdzielało szkło słoika,
środkiem rzeki płynęły przekrzykujące się głowy.

 

PĘTLA LITERATURY (KOLĘDA)

Chciałbym to już mieć za sobą.
Chciałbym, żeby to było już zapisane.
Woźnica, który obiecał pomoc, upił się,
w okna patrzy święty, trzymając dłoń
na mokrym grzbiecie klaczy.
Przez całą noc doglądamy śpiącego;
wygładzamy prześcieradło,
strzepujemy termometr.
Nad ranem otaczamy łóżko.
Obcałowujemy nieobecną twarz.

OKO

Chwila, gdy zobaczyłem, że moi nauczyciele
są tacy jak my – żartują, czekają, kupują bilety,
wykłócają się o zważone owoce.

Chwila, gdy zobaczyłem, że świat obchodzi się bez nas –
walczące ze sobą wrony zostawiły koło sadzonek kłębki pierza,
dziewanna po zimie przewędrowała na drugą stronę płotu.

Chwila, gdy zauważyłem siebie. Obróciłem w stronę słońca
dno butelki, brudny okular. Przez powieki
widziałem jak zestrzelone ptaki wpadały w wodę
i chłopak mdlał w chórze.

RODZICE CHRZESTNI

Przystawałem, jadąc na rowerze, by przez szpary
miedzy sztachetami spojrzeć na ich dom.
Parował srebrny dach, z ciepłego ciasta sterczała
sosnowa rękojeść, na parapetach puchnące kwiaty,
przesadzane do coraz większych doniczek.
Dźwigali suche dni, jednoramienną huśtawkę.
Córka wyjechała dawno temu, syn student ponoć
nawrócił się, gdy rozkroił człowieka.
Znałem ich mało, teraz jestem bliżej, gdy się śnią –
on gołymi dłońmi szarpie dla świń pokrzywy,
ona wąskimi ślepiami wypatruje w trawie węża.

SYMETRIA

Mróz unieruchomił miasto. Zastygły gałęzie,
w powietrzu zawisły dymki – białe oddechy.
Minęliśmy podwórze, spojrzeliśmy w puste oczy
domu naprzeciw. Ręką pokazałem ci miejsce

wśród drzew, gdzie będę leżeć, później w cieple
kroiliśmy przyniesione z balkonu, zmarznięte mięso.
Dogasał dzień. Nad dachami dygotało bielmo nieba,
za ścianą zakaszlała spłuczka, sąsiad krzykiem

ostrzył psa. Na palcach liczyliśmy naszych wrogów;
poukrywani budzili się, by łaknąć. Przed lustrem
cierpliwie wyjmowałem wtopiony w mydło włos.
Zamknąłem usta i powieki. W środku wyło i wyło.

PIOSENKA SARMACKA

Pręga rzeki, szczurze twarze, głowa pełna krwi.
Nie wiem, gdzie odeszli tamci umarli, nad jaką schylają się
teraz kołyską. Jestem przezroczysty, rozstawiony po kątach.

Sklejona powieka, czujne ucho, głowy pełne krwi.
A pod ścianą obrazy bezimiennych: małpa kuli się przed bogiem,
w pękniętej czaszce, z oczodołu do oczodołu prześlizguje się żmija.

PODRÓŻNICY

Dwa walczące ze sobą węże,
splecione jak w miłosnym uścisku.
Dzieci ścigające się w kłamstwach, by dostać owoc.
Kusząca tajemnica zdrady, światła latarek
przeczesujące drzewa. Dziewczyna, która widzi,
że jej uczucie było tylko zazdrością. Ziarno rzucone kurom,
rozkołysany dzwon umarłych, silnik co ucichł w polu.
Granica między odgłosem a nutą. Ból, jego napięty łuk
w ciele ojca, który obuchem siekiery uderza się w dłoń.
Panny krążące wokół krzesła, by złapać welon,
księżyc w lisiej czapie, łódka z ośródki chleba.
Wzniesiony w górę kielich. Serce świni.
Drżąca sierść schwytanego wilka.
Walczące ze sobą węże, splecione
jak w miłosnym uścisku.

TERAZ JUŻ NIE (KAMYKI)

Ile złości trzeba wytrząsnąć,
by postawić na swoim?
Potem i tak zostaję wbrew sobie
na maleńkiej wysepce gniewu.
W miejscu, gdzie myślałem,
że już się nie znajdę. Wiedząc,
że ktoś ciągle we mnie siedzi.
Zabarykadowany, czujny.

Do sztachet podchodzi stara kobieta.
Nie mówi już nic. Całe życie
czyściła olbrzymie pole pod uprawy.
Teraz patrzy na swój dorobek –
leżącą na miedzy białą stertę kamieni.

POCZTÓWKA Z EUROPY

Oboje powtarzali: nam się to nie zdarzy.
Trzymając się za ręce patrzyli jak ścieki z farbiarni
brudzą na granatowo rzekę.
Ich córka wyszła tydzień temu, koło łóżka wciąż
leżą jej spodnie ze śladami wtartej trawy.

Ojciec pluł obgryzionymi paznokciami,
potem wyszedł zbijać sople nad oknem sypialni.
Ona była spokojna, starannie dobierała słowa,
bezgłośnie rozłożyła talerzyki na sernik.
Rozpłakała się dopiero, gdy włączono kamerę.